Weekend w NYC

Pierwszy weekend w NYC zaliczony: ekstremalnie intensywny, bogaty w emocje; jeden z najciekawszych weekendów życia!

Kierunek: Grand Central Station

Wybraliśmy się ekipą 10 osób do Nowego Jorku na weekend z noclegiem z soboty na niedzielę. Fajna rzecz jest taka, że generalnie z campu wybrało nas się łącznie z 50-60 osób w mniejszych ekipach i wszyscy spaliśmy w tym samym hotelu oddalonym od Times Square około 10 minut pieszo. Spaliśmy upakowani po 10 osób w 4-osobowych pokojach, no ale sami sobie wyobraźcie jakie są ceny za taki hotel. 😛 I tak nas to wyszło po $30 na głowę. Za spanie na podłodze przy drzwiach. 😀 New York, New York!

Ruszyliśmy w sobotę rano taksówką z campu na dworzec kolejowy. Podróż pociągiem z Southeast na Grand Central zajmuje około półtorej godziny, bilety są dosyć drogie, ale podróżując w grupie min. 5 osób wychodzi to nieco korzystniej, czyli około $20 w obie strony (to serio mało, tyle to płacimy co weekend za taxi do pubu w miasteczku). Grand Central jest bardzo blisko TImes Square i Piątej Alei, czyli dokładnie jest to okolica, którą z laskami splądrowałyśmy zakupowo. 😀 Spakowałam się beznadziejnie (po raz kolejny, tak! Pozdrawiam mojego ulubionego komentatora zawartości mojej walizki jeśli to czyta!), moja walizka ważyła tylko 16 kg i zawierała głównie skarpetki. No to miałam dobry pretekst na zakupy! Spędziłam około 4h w Zarze, Aldo, Forever21 i HM. Dzięki Bogu za wyprzedaże! Obkupiłam się naprawdę przyzwoicie i wydałam łącznie tylko około $170. Musiałam też kupić outfit na wieczorne wyjście do klubu… 😀

Do jednej rzeczy się przyznam – chyba nigdy w życiu nie czułam się tak pewna i zadowolona z siebie, w tym babskim znaczeniu 😉

Manhattan pełną piersią

Po zameldowaniu się w hotelu i przemyceniu dodatkowych 6 osób z torbiszczami do pokoju, wybraliśmy się na spacerek do Central Parku, który jest jakieś 5 minut pieszo od hotelu (dla zainteresowanych, hotel Wellington – lokalizacja sztos). Park pełen przepięknych psów, otoczony gigantycznymi wieżowcami… Niesamowite, serio.

Po spacerku nastał czas na alkopolowanie, żeby rozpocząć imprezę jeszcze w hotelu. 😛 2 litry polskiej wódki zapewniły ekipie wesoły wieczór, ja grzecznie pozostałam przy martini, co jednak mnie nie uchroniło przed syndromem dnia następnego. Ale bawiłam się dobrze! 😛

Całą campową ekipą wybraliśmy się na imprezę do luksusowego klubu na szczycie wieżowca przy Piątej Alei. Brzmi niesamowicie, prawda? 😉 Tak też było! W dodatku do klubu podjechaliśmy, a jakżeby inaczej, słynnymi żółtymi taksówkami. Widok rozświetlonego neonami Nowego Jorku w nocy z perspektywy żółtej taksówki w drodze na Piątą Aleję to coś, co zapamiętam do końca życia.

Ninę poznałam jeszcze w Polsce na targach w Krakowie – moje słoneczko <3

Niestety ja dosyć wcześnie skończyłam imprezę, bo nic nie jadłam, byłam odwodniona i, że tak powiem, nie musiałam płacić za swoje drinki (he he), więc szybko mnie ścięło. Grzecznie się zawinęłam pierwsza do hotelu – przynajmniej miałam gwarantowane miejsce w łóżku. 😀 A poranek nie należał do najłatwiejszych, szczególnie kiedy się okazało, że dołączyli jeszcze do nas koledzy z innych pokojów w śpiworach na podłodze. Takich rzeczy nie przeżywa się co weekend!

Niedzielny 18-kilometrowy spacerek po Manhattanie

W niedzielę po śniadaniu wybraliśmy się na zwiedzanie w już mniejszym gronie. Zaczęliśmy od Trump Tower, które moim zdaniem na maxa przypomina warszawskie Millenium Plaza, przespacerowaliśmy się Piątą Aleją (sklep Tiffany & Co ze „Śniadania”!) i metrem podjechaliśmy w okolice południowego Manhattanu. Nina była świetnym dowódcą! 😀

 

Make America great again!

Metrem dojechaliśmy do World Trade Center na Dolnym Manhattanie. Chcieliśmy zobaczyć pomnik (chociaż nie jestem pewna czy jest to odpowiednie słowo) upamiętniający dwie bliźniacze wieże, które runęły w zamachu 11 września 2001 roku.

Są to odpowiednio dwie monumentalne fontanny, będące dziurami w ziemi w miejscu wież. Efekt jest bardzo dojmujący, wręcz piorunujący i zgadzam się z opinią, że taki widok daje dużo więcej do myślenia i refleksji niż gdyby wieże zostały odbudowane. Muszę przyznać, że widok osób wrzucających monety jak do zwykłej fontanny był dosyć niesmaczny.


Następnie ruszyliśmy w kierunku Wall Street – nie czuliśmy się najlepiej, upał nie pomagał w pokonywaniu kolejnych kilometrów, ale udało nam się chociaż liznąć wszystkiego po trochu.

W spacerowej odległości od Wall Street znajduje się punkt, z którego odpływają promy na Liberty Island – Battery Park. Udało nam się nawet cyknąć fotkę ze Statuą Wolności na tyle, na ile było to możliwe (tym razem). W kolejny weekend ponownie planuję eksplorować Manhattan! 🙂

Dopiero teraz, pisząc ten post, dotarło do mnie jak nierealne jest to, co przeżywam. Niewiele ponad miesiąc temu nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, co mnie czeka, a dziś żyję swoją bajką, na którą tyle czekałam i która nie chcę, żeby się kończyła…

Kończąc, krótkie pytanko: czy znacie lub słyszeliście o jakichś szczególnych miejscach w NYC, do których warto się wybrać? Póki co mam na oku milkshake bar, jedną restaurację i kilka turystycznych miejsc. Chętnie przyjmę każdą wskazówkę, nawet z pinteresta! 😉

 

2 komentarze

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Archiwa
Durszlak.pl
Kontakt

aleksascione@gmail.com