Dzień dobry kochani, z tej strony HEHE doktor Ola. Z wyników ankiety na cierpiętniczym insta jasno wynika, że najbardziej Was interesuje konkretne mięcho, czyli temat tego, jak udało mi się znaleźć moją obecną pracę i jak ona wygląda.

Wyjeżdżając z Polski nie byłam zupełnym gołodupcem, ponieważ już od kilku miesięcy pracowałam zdalnie w zupełnie innej branży. Pracowałam jako specjalistka od socjali dla jednego z największych uniwersytetów w Polsce i nie tylko tyle, że ta praca była idealna na tamten moment ze względu na covid i obowiązki w domu, ale dała mi też okazję do wykazania się w czymś, w czym od lat czułam się w miarę lotna i zwinna. 

To była super praca, taka wiecie, w młodym i dynamicznym zespole, tylko no, kurde, ze względu na jej zdalność, na te słynne owocowe czwartki nie było szans. Tak więc pracowałam sobie zdalnie, z okazji wyprowadzki biorąc wolne jedynie na przelot i parę dni aklimatyzacji w nowym miejscu. Planowałam dalej pracować zdalnie w trakcie nostryfikacji, aż do momentu jej ukończenia.

Szybko jednak uderzyło mnie to, jak fatalnie czułam się przeliczając każdego dolara na złotówki. Niby nie była to dla mnie żadna nowość, ale jednak to już nie był wakacyjny wyjazd w trakcie studiów, tylko coś, co miało stać się stanem mniej lub bardziej permanentnym. Wiedziałam też, że jeśli szybko nie wrócę do weterynarii, a wręcz się jeszcze bardziej rozgoszczę i umoszczę w innej branży, to może nawet nigdy nie zostanę takim prawdziwym lekarzem. Zapadła więc decyzja o złożeniu wypowiedzenia z firmy, zamknięciu działalności gospodarczej i rozpoczęciem poszukiwań na amerykańskim rynku pracy.

Byłam gotowa na tygodnie, jeśli nie miesiące, poszukiwań. Dosyć szybko dostałam całkiem obiecującą wiadomość na linkedinie, na którym byłam obecna ze względu na dotychczasową pracę. Doktor kazał mi wpaść od kliniki się rozejrzeć, ale jakoś korespondencja się nam zerwała w okolicy Nowego Roku. Poza linkedinem szukałam też na stronie indeed, gdzie znalazłam kilka interesujących ogłoszeń, którymi się z Wami dzieliłam, np. takie z płacą w centach za godzinę lub takie, gdzie jednym z wymogów jest umiejętność długotrwałego klęczenia. Spoiler alert: tę właśnie dostałam i po miesiącu skumałam, o co cho z tym długim klęczeniem…

Z góry wiedziałam, że nie mam szans na żaden staż czy zatrudnienie jako lekarz, więc aplikowałam na stanowiska technika i asystenta. Wiedziałam, że aby pracować jako technik trzeba mieć licencję, ale nie sądziłam, że jest to w Nowym Jorku bardzo ściśle przestrzegane. Musiałam mieć też w gotowości list motywacyjny, w którym wyjaśniałam o co to chodzi, że jestem lekwetem, ale szukam pracy na innym stanowisku, że muszę zdobyć nostryfikację i licencję, no i że chcę do tego dojść ucząc się od podstaw, jak funkcjonują amerykańskie kliniki. Antek sprawdził mi go ze 3 razy i razem z moim CV, aplikacje poszły w świat.

Co nadal budzi moje zdziwienie, jakąkolwiek odpowiedź dostałam tylko od jednego pracodawcy – nie trudno więc zgadnąć, że to właśnie tam dostałam pracę. Dodatkową ciekawostką jest to, że tam akurat aplikowałam na LVT, więc po wysłaniu aplikacji dostałam automatyczne mailowe zaproszenie do rozwiązania testu. Były tam turbo oczywiste pytania, ale też takie, że na bank się wywaliłam na pysk, chociaż wyniku nigdy nie poznałam. Było np. pytanie o rescue spray, co nie miałam zielonego pojęcia czym jest. Wygooglałam to w drugiej karcie, wyskoczyło mi coś o spreju uspokajającym dla psów, no a okazało się, że jest to weterynaryjny środek czystości, którego teraz używam non stop… Były też pytania o jakieś narzędzia chirurgiczne do sterylizacji, coś o parvo, no generalnie nic, co by było jakieś wzięte z kosmosu.

Po może dwóch dniach od wysłania tej aplikacji dostałam zaproszenie na rozmowę na video. W trakcie tej rozmowy bardzo sympatyczny doktor, który jest właścicielem kliniki, powiedział mi wprost, że może mi jedynie zaoferować pozycję asystentki za startową stawkę, ale pytał też o moje plany związane z nostryfikacją. Okazało się, że sam ukończył studia poza granicami USA i musiał robić częściową nostryfikację. Ustaliliśmy, że następnego dnia przyjadę do kliniki na pół dnia, żebym zobaczyła jak ona działa i czy nadal będę zainteresowana pracą.

Pracuję w tej klinice już prawie 3 miesiące i prawdę mówiąc, lepiej nie mogłam trafić. Każdego dnia bardzo dużo się uczę, a moja niecodzienna sytuacja spotyka się ze sporą wyrozumiałością. Zadaję duuużo pytań i chociaż wiem, że może to być męczące, to dzięki temu z każdym dniem działam sprawniej i wiem więcej. Klinika jest naprawdę duża, pracuje tu obecnie ponad 50 osób. Do pracy muszę dojeżdżać codziennie kawał drogi autostradą, ale dzięki temu trochę się przemogłam z tą jazdą autem. 

Moja praca polega na tym, że zazwyczaj pomagam lekarzom w przyjmowaniu pacjentów. Przez coronę nie wpuszczamy właścicieli do środka, a zamiast tego odbieramy pacjentów na parkingu, gdzie też robimy szybki wywiad, zbieramy wstępne zgody na np. badania krwi i szczepienia oraz zostawiamy iPada do komunikacji z lekarzem. Po przyprowadzeniu zwierzaka ważę go i jeśli lekarz jest gotowy na badanie, streszczam mu całą historię choroby. Ważnym elementem jest też to, że jestem odpowiedzialna za poskramianie zwierząt do badań, pobierania krwi i mniejszych zabiegów. Poza tym z czynności pielęgniarskich czyszczę i przygotowuję klatki na szpitalu, mierzę temperaturę, czasami udaje mi się zrobić TPR, czyli oprócz temperatury też pomiar tętna i oddechów. Namiętnie też obcinam pazury. 

Z poważniejszych rzeczy, które robię, powiedzmy, “ponadprogramowo”, to na przykład robię wymazy z uszu, które potem barwię i oceniam pod mikroskopem (ocena polega na określeniu tego, czy widzę pałeczki, paciorkowce czy może drożdże i na tym koniec – pozdrawiam mikrobiologicznych świrów <3), ale zawsze na koniec musi mnie sprawdzić technik. Raz zdarzyło się, że podawałam płyny podskórnie, raz też łapałam szczenięta prosto z cesarki. Wszystko to są rzeczy, których asystenci raczej nie robią, ale ryzyko spieprzenia ich jest jednocześnie na tyle niskie, że osoby wyższe stanowiskiem dają mi się wykazać, oczywiście nadal pod ich nadzorem.

Zdarza się też, że pracuję na nieco innych pozycjach. Może to być na przykład na szpitalu, gdzie jestem jako pomoc techników, bo też co ciekawe, istnieją tutaj wizyty u techników na rzeczy, które nie wymagają oceny  i obecności lekarza, takie jak np. obcinanie pazurów, niektóre szczepienia, zmiany opatrunków czy kontrolne badanie krwi. 

Czasami bywam na chirurgii, gdzie jestem wtedy odpowiedzialna za czyszczenie sprzętu i przygotowywanie instrumentów do kolejnych operacji. Przygotowuję też maszyny do anestezji, sprzęt dentystyczny i salę operacyjną.

Pracuję na pełen etat, ale jest to rozegrane w 4 dni pracy i 3 dni wolnego w tygodniu. Przy moich planach nostryfikacyjnych jest to idealne rozłożenie, bo jestem w stanie sobie elegancko rozplanować naukę i obowiązki w domu. Bywa to też czasem mocno męczące, jak np. pracuję bite 11 godzin na chirurgii, gdzie nawet nie ma kiedy i jak usiąść. Zawsze też po takim dyżurze pędzę do domu, żeby wyjść z psem, który niestety zostaje sam w domu. 

No i zapomniałabym! Bardzo dużo sprzątam. Nie tylko zamiatam i mopuję podłogi, sprzątam klatki, kupy, siuśki i rozlaną krew, ale myję też ściany i dezynfekuję klamki. Przyznam, że chociaż absolutnie wiem, że taka miała być kolej rzeczy i wszystko idzie lepiej niż zgodnie z planem, to jednak te momenty z mopem w dłoni motywują mnie do ciśnięcia tej nostryfikacji jak najszybciej. 😉 Tak też działa na mnie praca z lekarzami w klinice – mamy naprawdę świetny zespół i mam nadzieję, że kiedyś będę mieć choć zbliżoną wiedzę i umiejętności.

Z ciekawszych rzeczy z życia kliniki moim top 1 jest to, że dosyć często dostajemy lancze od wdzięcznych właścicieli naszych pacjentów lub od reprezentantów firm. Czasami bywa tego nawet aż za dużo. 😀

No i tak sobie pracuję, zarabiam na tyle przyzwoicie, że mogę sobie coś odłożyć i dzięki pracy takiej od podstaw łańcucha pokarmowego, jako najmniejsza płotka weterynarii, dużo się mogę nauczyć. No jak Andrzej Duda, uczę się ciągle, uczę się wszędzie, w domu się uczę, w przerwach się uczę… ale mam nadzieję, że już w miarę niedługo będę mogła opowiedzieć o czymś jeszcze bardziej wymagającym niż praca asystentki. 🙂

Myślę, że w miarę wyczerpałam ten temat, ale jeśli coś pominęłam, to śmiało dawajcie znać. Buziaczki!

 

1 Comment
  1. Elo ja fan. Zazdro, ze chociaż płaca za bycie asystentem
    🙂 trzymam kciuczki za nostryfikacje!

    PS.
    Zazdro pracy w super klinice :>
    Pozdro z polszy
    Dom Gruz

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Archiwa
Durszlak.pl
Kontakt

aleksascione@gmail.com